
Piszą o nas
„Walc ciągle jest w modzie”
pisze Adrian Nowak
Czy można przeżyć wiedeński koncert w Polsce? Można...i nie trzeba na niego czekać aż do Nowego Roku.
Chyba nie ma osoby, która nie widziała choć raz transmisji koncertu noworocznego z Wiednia, z pięknej Złotej Sali Towarzystwa Muzycznego. Jak się okazuje nie trzeba jechać tak daleko, by doświadczyć tej samej atmosfery w równie mistrzowskim wykonaniu. Wrocławska Orkiestra Festiwalowa im. Johanna Straussa pod batutą Bartosza Żurakowskiego dała popis jakiego nie powstydziliby się Filharmonicy Wiedeńscy. W wypełnionej po brzegi sali wybrzmiały najsłynniejsze walce, marsze, kadryle i polki, ale także arie z popularnych operetek. A wszystko to dzięki przywróceniu do życia Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Wiedeńskiej „ Od Josepha Lannera do Roberta Stolza”, którego pomysłodawcą w 1993 roku był wielki dyrygent Maestro Jan Ślęk. I choć festiwal na kilka lat znikł z afisza po śmierci mistrza, to jego 26 edycja powróciła w odświeżonej formie. Już nie stacjonarnie we Wrocławiu, ale podróżując po różnych miastach, rozbrzmiewa czar wiedeńskiej muzyki. Bartosz Żurakowski jest gwarantem wysokiej formy artystycznej festiwalu, do którego zaprosił wykonawców z samego Wiednia. Znane wszystkim arie takie jak: „ Usta milczą, duszą śpiewa”, „ Kto me usta całuje ten śni” czy „Ach jedź do Varasdin” zaśpiewali tego wieczoru Aleksandra Reinprecht i Franz Guertelschmied, który jeszcze w dzień zaduszny śpiewał w katedrze wiedeńskiej, by już następnego wieczoru oczarować polską publiczność. Oprócz znakomicie prezentujących się wokalistów swoją mistrzowską klasę zaprezentował także dyrektor Wrocławskiej Orkiestry Festiwalowej Wiktor Kuźniecow. Laureat Międzynarodowego Konkursu skrzypcowego im Nicolo Paganiniego w Genui, oraz Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im Henryka Wieniawskiego w Poznaniu czarował swą wirtuozerską grą zarówno w porywającym czardaszu Vittorio Montiego, jak i w głęboko romantycznym „Cierpieniu Miłosnym” Frietza Kreislera. Nie zabrakło oczywiście wielkich hitów dynastii Straussów – „Nad pięknym modrym Dunajem” czy wreszcie jako bis – jak przewrotnie zapowiedział maestro Żurakowski – kompletnie nie znany marsz, którym okazał się być „ Marsz Radeckiego”. I tutaj publiczność nie zawiodła. Na wzór Złotej Sali w Wiedniu rytmiczne oklaski „sterowane” przez dyrygenta stały się przyczynkiem owacji na stojąco, aż do samego końca koncertu. Koncert w Bielsku wydawał się nie mieć końca, jednak dobór repertuaru sprawiał, że nikomu nawet na myśl nie przyszło spojrzeć na zegarek. Wieczór ten pokazał, jak bardzo krzywdzące dla tejże muzyki jest uważanie jej tylko za lekką i przyjemną. Niewątpliwie melodyczność walców, energia marszów, czy polek sprawia, że słuchacz odczuwa wielką przyjemność i czuje się zrelaksowany, ale czyż nie o to chodziło właśnie Straussom i innym kompozytorom. Przecież kompozycje te były pisane właśnie po to, by publiczność dobrze się przy nich bawiła i zapomniała choć na chwilę o codziennych troskach. Myślę, że w pełni efekt ten został osiągnięty przez godnego następcę mistrza Jana Ślęka – maestro Bartosza Żurakowskiego. Warto tu wspomnieć, iż Bartosz Żurakowski jest uznanym dyrygentem na całym świecie. Ten skromny człowiek w swojej karierze sięgał bo dzieła najróżniejszych kompozytorów. Nagranie utworów Jana Maklakiewicza z Filharmonią Sudecką niewątpliwie zapiszą się w Jego karierze jako dzieło historyczne. A dziś maestro przenosi nas w świat wielkiego Wiednia, który na zawsze kojarzony będzie nie tylko z Beethovenem czy Mozartem, ale dla wielu przede wszystkim z rodem Straussów. Z niecierpliwością oczekuję już kolejnej edycji festiwalu ciesząc się na kolejny tak udany wieczór z muzyką wielkich mistrzów.
